Recenzja serialu

Morfeusz (2026)
Maciej Migas
Kamil Szeptycki
Andrzej Grabowski

W objęciach Morfeusza

Nie wszystkie wątki spinają się tu w zadowalający sposób, nie każda z postaci dostaje to, na co zasłużyła, ale w finałowym odcinku wreszcie mamy dramaturgię i tempo, które chciałoby się oglądać
W objęciach Morfeusza
źródło: materialy promocyjne
Przez lata większość polskich filmów i seriali rozgrywających się w miejskich realiach zabierały widzów do Warszawy, Krakowa, rzadziej Wrocławia. Od niedawna w rodzimych produkcjach odcinkowych coraz częściej oglądamy Szczecin: najpierw pojawiła się "Odwilż", potem w stolicy województwa zachodniopomorskiego rozgrywała się część akcji "Heweliusza", zaś właśnie premierę miał kolejny szczeciński serial, "Morfeusz". Produkcja wyreżyserowana przez Macieja Migasa i napisana przez Michała Wawrzeckiego zaprasza nas do półświatka, którego częścią bardzo nie chce być – ale i tak zostaje – mecenas Piotr Leyer (Kamil Szeptycki), główny bohater "Morfeusza". 
 

Zacznijmy od tego, iż rzeczony Maciej Migas nie jest jakimś wielkim specjalistą od projektów o tematyce kryminalnej – kilka odcinków mocno przeciętnego serialu "Ślad" czy jeden odcinek "Układu" zdecydowanie trudno uznać za bogate doświadczenie w konwencji produkcji kryminalno-gangsterskich, a już tym bardziej nie pomogły w jego zdobyciu tytuły takie jak "Leśniczówka" czy "Miłość jak miód". Szczęśliwie jednak nieco więcej obycia z tematem ma scenarzysta Michał Wawrzecki, który pracował przy kilku sezonach "Chyłki", napisał parę odcinków "Żywiołów Saszy", a i mroczna "Sortownia" musiała stanowić dla niego niezłą wprawkę do "Morfeusza". I ten nieoczywisty duet, nigdy dotąd z sobą niepracujący, otrzymał niełatwe zadanie zrealizowania siódmej polskiej produkcji oryginalnej SkyShowtime i uczynienia z niej angażującej i wiarygodnej historii o szczecińskim półświatu. I cóż mogę powiedzieć? Jeśli w ogóle się udało, to co najwyżej połowicznie. 
 
Pomysł wyjściowy – choć z gruntu wtórny – broni się całkiem nieźle: oto mamy młodego adwokata, opromienionego właśnie zwycięstwem w głośnym procesie przeciwko ministerstwu zdrowia, który zostaje wciągnięty w przestępcze życie (i śmierć) swojego ojca (Andrzej Grabowski) i brata (Jan Błachowicz). Ten drugi zostaje zamordowany, ten pierwszy po wielu latach wychodzi z więzienia na jego pogrzeb – i w tym miejscu kończy się spokojne życie Piotra Leyera, jak dotąd trzymającego się z dala od nielegalnych interesów sygnowanych jego rodowym nazwiskiem. Motyw "ostatniego sprawiedliwego" w rodzinie jest oczywiście stary jak świat, więc trudno mówić tu o oryginalności, a jednak sposób zarysowania historii Leyerów wydał mi się całkiem ciekawy i mający potencjał. Po pierwszym odcinku można było czuć się zaintrygowanym. 
 
Niestety, im dalej w las, tym drzewa jakieś mniej interesujące. Bardzo szybko okazało się, że duet Migas – Wawrzecki nie potrafi zapewnić tej historii odpowiedniej dynamiki – pierwszych kilka odcinków trwało bitą godzinę, choć nie sposób uzasadnić takiego metrażu. Reżyser często bawi się w efekciarskie sztuczki (prześwietlone kadry, wielokrotna ekspozycja), które może obroniłyby się w niezależnym dramacie obyczajowym, ale w serialu kryminalnym wydają się absolutnie zbyteczne. W scenariuszu natomiast nazbyt rozwleczone zostają wątki poboczne – owszem, Leyerowie działają na wielu polach i wciągają w swoje rozgrywki mnóstwo osób, ale czy naprawdę o każdej z nich musimy wiedzieć aż tyle? Często można odnieść wrażenie, że losy kluczowych aktorów tej rozgrywki zajmują mniej miejsca niż wątki poboczne, a to bardzo negatywnie wpływa na dynamikę narracji, a co za tym idzie – poziom zainteresowania widza tą historią.  
 

Szkoda, że twórcy czekali na wprowadzenie konkretnej akcji aż do ostatniego odcinka, który – trzeba przyznać – robi dużo lepsze wrażenie niż kilka wcześniejszych. To nietypowa sytuacja, bo znacznie częściej spotyka się seriale, których twórcy nie umieją jakościowo zakończyć. W "Morfeuszu" jest inaczej – choć siódmy odcinek nie zamyka całkowicie możliwości kontynuowania tej historii, jej zakończenie w tym miejscu również można byłoby uznać za uzasadnione i umiarkowanie satysfakcjonujące. Nie wszystkie wątki spinają się tu w zadowalający sposób, nie każda z postaci dostaje to, na co zasłużyła, ale w finałowym odcinku wreszcie mamy dramaturgię i tempo, które chciałoby się oglądać na przestrzeni całego sezonu. Zwłaszcza "Moro" (w tej roli polski Jeremy Strong, Mateusz Kmiecik), skrywający wiele tajemnic żołnierz grupy Leyerów, w końcu zostaje potraktowany poważnie i ostatecznie staje się jednym z najważniejszych graczy w tej rozgrywce. 
 
Trudno uznać "Morfeusza" za bezdyskusyjny sukces, ale też nie sposób traktować go jako całkowitą porażkę. Sporo tu nie zagrało – postać starego Leyera jest groteskowa (a chyba nie do końca miała taka być), a obserwowana na ekranie przemiana Piotra nie jest ani trochę wiarygodna – ale widać tu ciekawe pomysły i nietuzinkową realizację. Gdyby tę narrację nieco skondensować i poprawić jej dynamikę, mógłby z tego wyjść jeden z ciekawszych polskich seriali kryminalnych ostatnich lat. A tymczasem dostaliśmy produkcję, która przykuwa uwagę widza, ale robi wiele, by szybko ją stracić. 
1 10
Moja ocena serialu:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?